Pałac Królewski w Myśłakowicach

Odkrywaj tajemnicze piękno Dolnego Śląska

Dolina Pałaców i Ogrodów

Parę lat temu, po kolejnej wizycie w Pradze, postanowiliśmy zapuścić się na południe Czech szlakiem zamków i pałaców. Czechy mają ponoć ich największe zagęszczenie w Europie.

Czechy. Karlstejn

Byliśmy tak zauroczeni Konopiste, Karlstejnem, Cerveną  Lhotą, Hluboką, Jindrihuv Hradcem, Krumlovem, że po powrocie do Wrocławia zaczęliśmy rozglądać się za podobnymi zabytkami na Dolnym Śląsku i wertować odpowiednią literaturę.

Czechy. Hluboka

Odkryliśmy, że mamy ich imponującą ilość. Najczęściej niestety w ruinie, bo historia nie była dla Polski tak łaskawa, jak dla naszych południowych sąsiadów. Dużo pałaców na Dolnym Śląsku ucierpiało tuż po II wojna światowej. Nie uznawane jeszcze wtedy za zabytki archotektury zostały doszczętnie splądrowane głównie przez ludność napływającą ze wschodu. Dzieło zniszczenia zostało dokończone przez późniejszy brak zainteresowania i pomysłu na ich wykorzystanie ze strony państwa, a także celową politykę – jak można pozwolić, by na „prastarych piastowskich ziemiach” istniały materialne dowody ich niemieckiej przeszłości (czeskiej – pół biedy); co cenniejsze „mienie ruchome” przekazano w depozyt (czyli wywieziono) do muzeów, przede wszystkim, warszawskich.

Zamek Bożków

Większość zamków i pałaców w Czechach pozostaje w rękach państwa, które dba o ich stan, dostępność dla turystów i kieszenie zwiedzających. Są świetnie utrzymane, a bilety nie rujnują domowych finansów. Inaczej jest w przypadku pałaców dolnośląskich. Większość znajduje się w całkowitej ruinie. Te, co dało się uratować, należą do prywatnych włascicieli. Część funkcjonuje głównie jako luksusowe hotele nastawione na niemieckich turystów (sądząc po cenach) i nie są dostępne dla zwiedzających (ich właściciele powinni brać przykład z królów pruskich - Fryderyka Wilhelma III i IV, którzy otworzyli dla zwiedzających swoją letnią rezydencję w Mysłakowicach, podobnie jak czyniło to wielu przedwojennych właścicieli dolnośląskich pałaców). Część – mimo że jest już w rękach prywatnych – sypie się nadal (jak chociażby pałac w Bożkowie).

Pokaźne skupisko dolnośląskich zamków i pałaców znajdziemy w Sudetach – głównie w Kotlinie Jeleniogórskiej i Kłodzkiej, gdzie były one nie tylko wspaniałymi przykładami architektury w stylu gotyckim, barokowym, renesansowym, eklektycznym, klasycystycznym, neogotyckim, ale również ośrodkami kulturalnymi, integralną częścią historii Dolnego Śląska i Europy.  

Wybierając się w góry, warto o tym pamiętać i przeznaczyć na ich zwiedzanie trochę czasu. Jest to bez wątpienia miły przerywnik i ciekawy dodatek do górskich wędrówek, ponieważ wiele obiektów leży na pieszych szlakach, w otoczeniu malowniczego sudeckiego krajobrazu. Planując kolejny wyjazd, zawsze bierzemy pod uwagę zwiedzanie zabytków w okolicy i na drodzy przejazdu (trzeba czasem zboczyć z trasy). 

Pałac Paulinum. Jelenia Góra

W ten sposób, będąc w Karpaczu, odbyliśmy bardzo ciekawą wycieczkę samochodową (choć zwykle staramy się nie korzystać z samochodu w czasie pobytów w górach) szlakiem stopniowo odnawianych zamków i pałaców Kotliny Jeleniogórskiej. Ich właściciele powołali fundację Dolina Pałaców i Ogrodów i zabiegają o wpisanie tego miejsca na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Ratowanie znajdujących się tu zabytków wymaga jednak ogromnej pracy, wysiłku i nakładów finansowych. Nie da się w krótkim czasie odbudować tego, co było niszczone przez dziesięciolecia. Nie nastawiajmy się więc na to, że w miejscu rujnowanych i plądrowanych przez lata budowli zobaczymy królewskie rezydencje otoczone pięknymi ogrodami. Dolina Pałaców i Ogrodów to nie Dolina Loary. Owszem, mieszkali tu niegdyś królowie i książęta, a przypałacowe ogrody w stylu angielskim, francuskim czy włoskim projektowali znakomici europejscy architekci, ale to już daleka przeszłość.

Dotyczy to również z przepychem urządzonych niegdyś pałacowych wnętrz, pełnych zabytkowych mebli, cennych przedmiotów i kolekcji dzieł sztuki. Ale głównie atmosfery, jaka w nich panowała. Letnie rezydencję nie były wyłącznie ośrodkami towarzyskimi, w których spotykały się osoby z wyższych sfer, by przyjemnie spędzić czas na łonie natury. Pełniły też funkcję kulturalną: kształtowały nowe obyczaje, służyły integracji i edukacji okolicznych mieszkańców, dostarczały im rozrywki, wytyczały nowe sposoby spędzania wolnego czasu (chodzenie po górach stawało się modne).        

Prawdziwe "zagłębie pałacowe” znajduje się w malowniczym zakątku Karkonoszy między Wzgórzami Łomnickimi i Karpnickimi. Europejska arystokracja szczególnie upodobała go sobie po tym, jak król pruski Fryderyk Wilhelm III kupił w 1832 r. osiemnastowieczny pałac w Mysłakowicach na swoją letnią rezydencję. Królewski majątek został później poszerzony o pobliski zespół pałacowo-ogrodowy w Wojanowie. Do rodziny królewskiej należał również majątek w pobliskich Karpnikach. Wszystkie pałace otaczano rozległymi parkami.  

Pałac Wojanów   

Zaplanowana przez nas trasa „pałacowa” wyglądała następująco: Karpacz - Kowary – Mysłakowice – Staniszów – Łomnica – Wojanów – Karpniki – Bukowiec – Kowary - Karpacz. Postanowiliśmy jednak nieco z niej zboczyć, skręcając za Wojanowem do Janowic Wielkich, żeby obejrzeć ruiny zamku Bolczów w Rudawach Janowiskich, a potem wrócić na trasę - do Karpnik i Bukowca.

Z Karpacza jedziemy w stronę Kowar, gdzie musimy odbić w lewo na drogę 367 prowadzącą m.in. do Mysłakowic. Po zasobnym Karpaczu z jego okazałymi willami i pensjonatami Kowary prezentują się mizernie. Wyglądają na zaniedbane i opuszczone. Ich widok może wprawiać przybysza w przygnębienie. Kiedyś była tu duża fabryka dywanów (założona w drugiej połowie XIX w.)  i okoliczni mieszkańcy mieli zatrudnienie, ale od 2009 r. zakład znajduje się w upadłości likwidacyjnej. Turyści rzadko tu zaglądają, mając w okolicy bardziej atrakcyjne miejscowości – bliżej gór, choć ostatnio ściąga ich do Kowar Park Miniatur, który wart jest obejrzenia. Wśród zdewastowanych i ponurych budynków mieszkalnych rzuca się w oczy pięknie wyremontowany i stylowo urządzony pałacyk Smyrna przy ul. Ogrodowej. W otoczeniu ruder wygląda dość egzotycznie.

W Mysłakowicach musimy zapytać o drogę do pałacu, co jest pewnym problemem, bo są święta majowe i na ulicach nie ma żywej duszy. Miejscowych turystyka raczej nie interesuje, a turyści prawie tu nie zaglądają. Oprócz nas na pustej ulicy przed pałacem parkuje jeden samochód. Niestety możemy obejrzeć pałac tylko z zewnątrz, ponieważ budynek, w którym mieści się obecnie szkoła, jest zamknięty.

Mysłakowice, położone w dolinie rzek Łomnicy i Jedlicy były wymieniane jako wieś już w 1305 r. Jej właściciele zmieniali się bardzo często. Pod koniec XVIII w. zbudowano tu niewielki barokowy pałacyk, który po kolejnej zmianie gospodarza został przebudowany i powiększony. W 1830 r. gościł w nim m.in. car Rosji Mikołaj I. Kolejnej gruntownej przebudowy dokonano po kupnie pałacu przez króla Prus Fryderyka Wilhelma III, gdy nadano mu wygląd neogotyckiego zamku w stylu angielskim. Dobudowano narożne wieżyczki, łuki okienne i wieżę, z której można było podziwiać Karkonosze. Założono rozległy park w stylu romantycznym z dwoma stawami (jeden z wysepką), ścieżkami, Belwederem i Herbaciarnią, wytyczono Drogę Królewską do Karpnik. W 1840 r. ówczesny właściciel pałacu Fryderyk Wilhelm IV gościł w nim książąt pruskich, przyszłego cara Rosji Aleksandra II, żonę, córkę i zięcia cara Mikołaja II i inne tytułowane osoby. Choć sam król rzadko odwiedzał Mysłakowice, zjeżdżało tu na letni wypoczynek wielu członków królewskiej rodziny i śmietanki towarzyskiej.

Pod nieobecność króla pałac i park były udostępniane turystom, których oprowadzał kasztelan pałacowy. Zapraszano też okolicznych mieszkańców na zabawy, koncerty i spotkania z członkami rodziny królewskiej. Ten zwyczaj zmienił się na początku XX wieku, po przejęciu majątku przez Karla Richtera, który zamknął pałac i park dla zwiedzających (później jednak wrócił do tego zwyczaju, pobierając niewielką opłatę).

W czasie II wojny światowej w pałacu stacjonowały najpierw oddziały SA, a później żołnierze Armii Czerwonej , którzy go doszczętnie zdewastowali. Po wojnie władze nie bardzo wiedziały, co zrobić ze  spuścizną po królach pruskich. W końcu urządzono w budynku szkołę. Po dawnej świetności królewskiego pałacu nie zostało już prawie nic. Do niedawna do parku wchodziło się przez bramę z kości wieloryba, ale została ona zniszczona. W ewangelickim kościele w parku zachowały się oryginalne kolumny z antycznych Pompei. Wejście na ośmiopiętrową wieżę pałacową możliwe jest po uprzednim umówieniu się.

Z Mysłakowic można wybrać się czerwonym szlakiem do pobliskiej Łomnicy (drogą 3 km), Wojanowa (3,5 km), Karpnik (zielony szlak biegnie wzdłuż Drogi Królewskiej) oraz Bukowca. Ale my wsiadamy niestety do samochodu – obiecując sobie, że następnym razem wybierzemy się w te okolice na całodniową pieszą wycieczkę – i jedziemy w stronę Łomnicy, zatrzymując się po drodze w Staniszowie (po lewej stronie drogi), by obejrzeć tamtejszy pałac.

Staniszów – jako wieś Stanhof – powstał prawdopodobnie na początku XIV w., a pierwszymi właściciela wsi była rodzina von Stange. W XVI w. właścicieli było już trzech, bo majątek podzielono na Staniszów Dolny, Średni i Górny. Od XVIII w. aż do końca II wojny światowej władała nim książęca rodzina Reuss. Po wojnie pałac w górnej części wsi przejęły Rolnicze Zakłady Doświadczalne, jego obecni właściciele prowadzą w nim hotel.

Barokowy pałac w Staniszowie z końca XVIII w. (wtedy też powstał piękny park w stylu angielskim) został gruntownie przebudowany w XIX w. w stylu klasycystycznym. Zwiedzamy parter oraz park ze stawem, w którym zachował się pawilon z wieżyczką, i wyruszamy do Łomnicy, by zobaczyć kolejny odratowany pałac – a nawet dwa, a do tego wyremontowany ostatnio folwark, w którym obecni właściciele majątku urządzają kiermasze wyrobów lokalnych.

W drugiej połowie XVII w. w miejscu obecnego pałacu (kolejny hotel!) w stylu klasycystycznym stał barokowy dwór, który był kilkakrotnie przebudowywany. Wchodzimy do środka. Na parterze mieści się restauracja, sklep z pamiątkami i sala, którą można zwiedzić. Niedaleko stoi kolejny wyremontowany budynek - Dom Wdowy z XIX w.

Spacerujemy po dużym parku, założonym w drugiej połowie XVIII w., który łączy się z parkiem pobliskiego pałacu  Wojanow, tworząc rozległy park krajobrazowy o powierzchni 9 ha. Przecina go rzeka Bóbr, wzdłuż której chwilę później idziemy, zachwycając się widokiem wojanowskiego pałacu - to prawdziwa perełka!

Pięknie wyremontowany po pożarze w 2001 r. dziewiętnastowieczny neogotycki pałac w stylu angielskiego zamku należący niegdyś do księżniczki Luizy Augusty – córki króla Prus Fryderyka Wilhelma III i żony księcia Fryderyka Niderlandzkiego – wygląda jak domek dla lalek. Odremontowano również budynki folwarczne. Obecnie znajduje się tu luksusowy hotel i Spa. Niestety do środka można wejść tylko pod warunkiem, że skorzystamy z tutejszej restauracji. Obchodzimy więc pałac dookoła, podziwiając go z przodu, z tyłu i z boku. Z wypielęgnowanego parku rozciąga się wspaniały widok na góry. Jest maj i wszystko zieleni się świeżą szmaragdową zielenią poprzetykaną tu i ówdzie żółtym mleczem – rozległe trawniki, drzewa, krzaki i brzegi Bobru.

Na drugim końcu Wojanowa (w kierunku Janowic Wielkich), w byłym letnisku Bobrów, zachował się wzorowany na zamkach francuskich dziewiętnastowieczny pałac Boberstein z otaczającym go parkiem. Niestety jest od lat remontowany przez właścicieli i cały zasłonięty rusztowaniami. Udało nam się zobaczyć jego miniaturową kopię w Parku Miniatur w Kowarach – wygląda jak kolejny domek dla lalek z bajkowej krainy (i nie mam tu na myśli rozmiarów).     

Z Wojanowa jedziemy do Janowic Wielkich leżących w północnej części Rudaw Janowickich – ponoć najpiękniejszej. Z ulicy 1 Maja skręcamy w prawo, tak jak zielony szlak, i jedziemy wąską ulicą do malutkiego placyku-nie-placyku, na którym można zaparkować. Miejsca tyle, co kot napłakał, ale udaje się jakoś wcisnąć. Zostawiamy samochód, nie zastanawiając się jednak, jak później stąd wyjedziemy (po powrocie okazuje się, że uliczka jest zastawiona na długości stukilkudziesięciu metrów, nie można zawrócić i trzeba te stokilkadziesiąt metrów w ciasnocie przejechać tyłem; jakie to szczęście, że nie mamy krążownika szos, tym bardziej, że niektórym kierowcom wyraźnie brakuje wyobraźni).

Wspinamy się kamienistym zielonym szlakiem ostro pod górę. Okolice – jak również ruiny zamku - są wyjątkowo malownicze. Otacza nas usiany fantazyjnymi skałkami mieszany las z bukami i jaworami – co jest pewną odmianą po mrocznych lasach iglastych, jakie przeważają w Karkonoszach. Ruiny zamku Bolczów na granitowym występie nad doliną Janówki tak harmonijnie wtapiają się w otoczenie, że wydają się naturalną częścią skał, wśród których się wznoszą. Z ich murów wyrastają drzewa. Gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że skały rzeczywiści zostały tu umiejętnie wykorzystane jako materiał budowlany, tworząc fragmenty murów.   

Przechodzimy przez mostek przerzucony nad fosa – w murach barbakanu widać kilka strzelnic, po prawej stronie - pozostałości baszty obronnej – i jesteśmy na jednym z trzech dziedzińców. Wykute w skale strome schodki po lewej prowadzą do najwyższej części zamku. Latem jego dziedzińce są ponoć ulubionym miejscem biwakującej młodzieży.

Dzieje zamku są tak samo burzliwe, jak historia całego Dolnego Śląska. Zbudowany pod koniec XIV w. w XV w. stał się siedzibą zwolenników Jana Husa i został poważnie zniszczony przez  wojska świdnickie. Częściowo odbudowany pod koniec XV w. uległ ponownemu zniszczeniu w czasie wojny trzydziestoletniej – spalili go Szwedzi. Od tamtej pory popadał w coraz większą ruinę. W połowie XIX w. odgruzowano go i zamieniono w atrakcję turystyczną. Na początku XX w. w murach zamku zbudowano schronisko turystyczne, po którym nie pozostało dziś śladu.

Bolczów zrobił na mnie większe wrażenie, niż bardziej popularny i zadeptany przez turystów Bolków, może właśnie przez jego niezwykle klimatyczne otoczenie i panujący wokół spokój. Jeśli szukacie miejsc magicznych, na pewno jest to jedna z tych wyjątkowych okolic, w której można zapomnieć o codzienności i przenieść się w wyobraźni w daleką przeszłość.

Wracamy do Karpnik, które w XIII w. nazywały się Rybi Potok (Fischbach) i należały do rodów rycerskich. W XIV w. wieś kupił Hans Schaffgotsch, a po kilkakrotnej zmianie właścicieli nabył ją w 1822 r. wielki książę Wilhelm, brat króla Prus. Do 1945 r. wieś wraz z pałacem należała do książęcej rodziny von Hessen. Po drugiej wojnie światowej właściciele pałacu zmieniali się równie często, póki w 1989 r. nie trafił on w ręce prywatne.  

Jego obecny wygląd pochodzi z XIX w., gdy książę Wilhelm przebudował w modnym wówczas stylu neogotyckim pierwotny zamek z 1351 r. Jest otoczony fosą, a do głównego wejścia prowadzi kamienny most. W XIX w. zgromadzono w nim duże zbiory pamiątek rodziny królewskiej, rękopisów, książek, klejnotów, angielskiej i miśnieńskiej porcelany, wyrobów z kości słoniowej, broni, obrazów i rzeźb. Wnętrza zdobiły meble w stylu neogotyckim, witraże, obrazy w złotych ramach. Przez okrągły rok rezydencja i park były otwarte dla zwiedzających. Tuż po drugiej wojnie światowej w pałacu znajdowało się jeszcze sporo mebli i obrazów (cenna kolekcja obrazów i przedmiotów została wywieziona pod koniec wojny do Niemiec) i można go było zwiedzać. Nie trwało to jednak długo, bo pałac szybko  został rozgrabiony.

Gdy byliśmy w Karpnikach kilka lat temu, pałac znajdował się w opłakanym stanie, ale mimo tego – może to dzięki fosie i zapuszczonemu parkowi wokół – wyglądał bardzo romantycznie i tajemniczo. Idealnie pasował na siedzibę duchów czy wampirów i nie chciałabym znaleźć się tu w nocy. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy tym razem ujrzeliśmy go zupełnie odmienionym. Prezentował się jak spod igły (no, prawie). Wokół krzątała się ekipa remontowa, kończąca prace przy kładzeniu nowej elewację. Nie wiemy, jak wyglądają teraz jego wnętrza. Ponoć zachowały się resztki dawnego wystroju: fragmenty polichromii, boazerie i marmurowe kominki.

No cóż, został odratowany kolejny dolnośląski pałac – i to wspaniała wiadomość. I pewnie powstanie tu wkrótce następny wymuskany hotel z zadbanymi trawnikami i drogimi noclegami, niedostępny dla turystów. A mnie trochę szkoda poprzedniego – opuszczonego, mrocznego i tajemniczego.

Na drugim końcu Karpnik znajduje się świetnie zachowany drewniany pałacyk myśliwski z XIX w.  – połączenie stylu tyrolskiego z neoromańskim – nazywany willą pani Aichinger lub Dębowy Dworkiem, otoczony rozległym parkiem, do którego nie ma wstępu. 

Opuszczamy Karpniki i jedziemy do ostatniej miejscowości na naszej trasie – majątku w Bukowcu, który otrzymał swoją obecną nazwę w 1945 r. (na początku XIV w. był to Buchwalth, a później - Bukownik). Od końca XVIII w. należał do hrabiego von Redena, pruskiego ministra górnictwa, a jego ostatni właściciel Friedrich von Rotenham opuścił Bukowiec w 1945 r., po czym majątek został upaństwowiony. W pałacu mieści się obecnie Związek Gmin Karkonoskich.

Zostawiamy samochód w parku pod pałacem (przy ulicy Robotniczej 6), przebudowanym w XIX w. przez von Redena z inicjatywy jego żony Fryderyki – kobiety z zamożnego rodu i z rozległymi znajomościami, włącznie z królem. Szary budynek w stylu klasycystycznym wygląda ponuro i nieciekawie - jak typowy nudny budynek urzędowy. Są święta, więc do środka się nie dostaniemy. Szkoda, bo jest tam kilka ciekawych rzeczy do obejrzenia. Zachowały się sztukaterie, kominek, sala reprezentacyjna, sale Książęca i Słoneczna z bogato zdobionymi sufitami. Pałac był stylowo i bogato urządzony przez żonę von Redena. Znajdowały się w nim pokaźne zbiory ceramiki z Królewskiej Fabryki Porcelany (w tym porcelana od rodziny królewskiej) i wyrobów żeliwnych z gliwickiej huty, jak również wiele innych cennych przedmiotów, mebli i obrazów (m.in. portret króla i jego żony Luizy, pejzaż z osiedlającymi się w Mysłakowicach Tyrolczykami).

Park zajmujący ponad 22ha był uważana w XVIII i XIX w. za jeden z najpiękniejszych w Europie. Rosło tu kiedyś wiele gatunków cennych roślin, niektóre zachowały się do dziś (dwa dęby są zaliczane do pomników przyrody.) Wzorowały się na nim wszystkie parki w Kotlinie Jeleniogórskiej. Zdewastowany i podzielony po wojnie jest ostatnio porządkowany przez władze gminne.     

Idziemy czerwonym szlakiem (od pałacu w prawo) do jego części znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Zachowały się stawy i Belweder z antycznymi kolumnami, nazywany Świątynią Ateny. Był to prezent von Redena dla ukochanej żony. Spotykano się tu przy herbacie i podziwiano rozciągający się stąd przepiękny widok na Karkonosze i Śnieżkę. Na początku XXI w. Belweder został wyremontowany i prezentuje się teraz bardzo przyzwoicie.

W parku – dostępnym dla wszystkich również w czasach von Redenów – było zresztą wiele innych atrakcji, z których zachował się m.in. Dom Ogrodnika w stylu angielskim. Nie ma już Siedziby Teresy z XVIII w., pomnika geografa Weigla, drewnianego przysłupowego Domu Rybaka, Salonu Ogrodowego. Po Opactwie (czerwonym szlakiem w lewo od pałacu),  wybudowanym na początku XIX w. przez von Redena w stylu neogotyckim jako miejsce przyszłego pochówku członków jego rodziny (w krypcie spoczęły szczątki hrabiego, jego żony i jej brata) pozostały już tylko mury i płyty nadgrobne.

Za Świątynią Ateny idziemy czerwonym szlakiem do sztucznych rzymskich ruin i odnowionej ostatnio wieży. Droga prowadzi wśród malowniczych zielonych łąk. Dom Ogrodnika po lewej tonie w zieleni. Z wieży rozciąga się przepiękny widok na okolicę z wznoszącymi się na horyzoncie górami. Jest to bardzo nostalgiczny, uroczy i cichy zakątek, w którym można zapomnieć na chwilę o codzienności.

I to wszystko na dziś, choć do szlaku Doliny Pałaców i Ogrodów zalicza się kilka innych ciekawych zabytków, m.in. wieża rycerska w Siedlęcinie, pałace w Brunowie i Pakoszowie, pałac Paulinum w Jeleniej Górze, które zwiedziliśmy już wcześniej w czasie naszych wypadów w góry.

Wsiadamy do samochodu i wracamy przez Kowary do Karpacza. Odkryliśmy dziś ciekawy kawałek burzliwej historii Dolnego Śląska. I na pewno nie raz jeszcze wrócimy na „pałacową trasę”. Lepiej przygotowani i wzbogaceni o nowe szczegóły na temat tych okolic i ich mieszkańców.

Maj 2012



  • Pałac Królewski w Myśłakowicach
    fot. L. Bartosik