Śnieżka

Odkrywaj tajemnicze piękno Dolnego Śląska

Śnieżka

Dość często bywamy w okolicach Śnieżki, ale od dawna nie wchodziliśmy na jej szczyt. Tym razem postanawiamy dokonać tego wyczynu. Po kilku dniach pobytu w Karpaczu i rozgrzewce na szlakach, wyruszamy pięknym majowym rankiem z ulicy Zamkowej w Karpaczu Górnym drogą, pnącą się lasem ostro pod górę i przechodzącą wkrótce w polną ścieżkę. Odbijamy w prawo i kierujemy się zielonym szlakiem w stronę Polany, gdzie zamierzamy zrobić przystanek.

Podejście jest krótkie, ale dość strome, już po chwili mam ochotę zawrócić. Siadamy zdyszani na jednym z drewnianych bali niedaleko punktu widokowego. Z dołu dobiega szum niewielkiej rzeczki Pląsawy. Zapowiada się ciepły słoneczny dzień – jak to w maju, gdy pogoda jest bardziej łaskawa, niż w czerwcu czy deszczowym i kapryśnym lipcu. Na szczęście na razie słońce za bardzo nam nie dokucza (choć pot i tak spływa po plecach strumieniami), poza tym idziemy gęstym lasem, który niestety kończy się, gdy wychodzimy na Polanę – dużą łąkę na wysokości 1100 m n.p.m., gdzie w XVII w. wypasano owce. Na początku XX w. istniała tu osada z ośrodkiem wypoczynkowym, a po II wojnie światowej – schronisko. W tym miejscu zawsze jest wietrznie i gwarno – tłumy turystów zmierzających na Śnieżkę nadciągają szeroką kamienną drogą od strony kościółka Wang. Nie lubię tej drogi nie tylko ze względu na tłumy. Jednostajna i nudna, jest też katorgą dla stóp.   

Siadamy na jednej z wielu ławeczek, by odsapnąć, napić się wody i zastanowić, którą trasą iść dalej, ponieważ istnieje kilka możliwości.

Jeśli pogoda sprzyja i chcemy uniknąć tłumów, możemy zostać na zielonym szlaku i wspiąć się na Słonecznik dość forsownym podejściem, ale w nagrodę otrzymamy przepiękne widoki w kameralnym otoczeniu. Nie radzę jednak korzystać z tej trasy późną jesienią, gdy jest ślisko i wieje lodowaty wiatr. Złapała nas tam pewnego razu w listopadzie taka gęsta mgła, jakiej w życiu nie widziałam - wrażenie niesamowite, ale można łatwo się poślizgnąć. Zresztą szlak może być o tej porze roku zamknięty.

Możemy iść kamienną drogą szlakiem niebieskim przez Samotnię i Strzechę Akademicką. Pomijając ostry odcinek przed Samotnią (gdzie jest do tego starszny wygwizdów) i wdrapywanie się na szczyt Śnieżki, idzie się tu stosunkowo łatwo (najlepiej poboczem, gdzie rośnie trawa, by uniknąć stąpania po dość ostrych kamieniach), mimo że cały czas wspinamy się pod górę.

Żółty szlak prowadzi na Pielgrzymy i dalej do Słonecznika, gdzie trzeba przejść na  czerwony szlak, biegnący na Śnieżkę górą. Pielgrzymy, które trzeba koniecznie obejrzeć,  też dały nam kiedyś w kość - łatwo ( i lekkomyślnie) weszliśmy na górę po oblodzonych głazach, gorzej było ze schodzeniem, więc radzę wybrac się tam raczej latem.    

Decydujemy się na zielony szlak, czego szybko zaczynam żałować. Jest to nasz pierwszy wypad w góry po długiej zimowej przerwie i kondycja pozostawia dużo do życzenia. Nie jest z tym jednak chyba aż tak źle, bo na razie nie wyrzucam z siebie co chwilę „po co mi to było” i „idę ostatni raz” (przyjdzie na to czas później – podczas wdrapywania się na szczyt Śnieżki). Jeśli dotrwacie do Słonecznika, nie pożałujecie. Właśnie tu, na wysokości 1420 m n.p.m., zaczyna się najpiękniejszy odcinek drogi, dla którego warto było się pomęczyć. Przechodzimy na czerwony szlak i aż do ostatniego podejścia na szczyt Śnieżki nie musimy już nigdzie się wspinać, podziwiając roztaczający się w dole krajobraz. Wiatr urywa tu wprawdzie głowę, ale widok jest wręcz nieziemski. Zatrzymujemy się, zapatrzeni najpierw w Kocioł Wielkiego Stawu, potem Małego - przy którym widać jak na dłoni schronisko Samotnia, a za nią Strzechę Akademicką. Jeśli akurat w tym momencie dojdziemy do wniosku, że mamy już dość wspinaczki, możemy odbić w lewo i zejść do schronisk niebieskim szlakiem, odetchnąwszy z ulgą, że przynajmniej dzisiaj nie musimy już nigdzie wchodzić, bo odtąd będziemy schodzić cały czas w dół – czasami niestety dość stromo.

Dla wytrwałych pozostaje już tylko zdobycie Śnieżki – „i po co mi to było”! Odsuwamy jednak myśl o tym najgorszym, ostatnim odcinku trasy w najdalsze zakamarki świadomości i odważnie ruszamy do przodu, tym bardziej, że mamy na razie przed sobą Równię pod Śnieżką (gdzie przebiega Droga Przyjaźni, pokryta jeszcze w niektórych miejscach śniegiem - w maju!), niewymagająca dużego wysiłku. Mamy ostatnią szansę, by odłożyć wejście na szczyt do następnego razu, który może nigdy nie nastąpić. Koło Schroniska Dom Śląski (1400 m. n.p.m.) mówimy jednak zuchwale: „a co tam, to tylko 200 m…” (tak, ale w pionie!) i decydujemy się na ten desperacki krok, którego będziemy gorzko żałować.

Nie wiem, jak się tam wczołgałam i czy kiedykolwiek to powtórzę. Pamiętam tylko jamnika, który dzielnie i bez marudzenia wdrapywał się obok, czym bardzo mnie zawstydził. Rzucił mi twarde spojrzenie, w którym przeczytałam – „muszę”. Nie wiem, czy dlatego, że tak kochał swoich państwa (katujących psa na takiej trasie – czy nie podpada to czasami pod znęcanie się nad zwierzętami? – chyba, że jamnik sam tego chciał, w co wątpię), czy był tak uparty. W każdym razie, ani myślał rezygnować, podnosząc mnie tym samym na duchu. 

Z pobytu na Śnieżce (1602 m n.p.m.) pamiętam tylko potworne zmęczenie, dzwonienie w uszach, porywisty wiatr (dobrze, że wzięliśmy kurtki, które włożyliśmy już nad Wielkim Stawem) i hordy polskich i czeskich turystów. Ów porywisty, a czasami wręcz huraganowy wiatr przekraczający 80 m/s jest charakterystyczny dla Śnieżki, podobnie jak i częste zamglenie. Większość Polaków dociera tu z Białego Jaru w Karpaczu wyciągiem krzesełkowym na Kopę. Czesi mają jeszcze łatwiej – na samym szczycie jest stacja wyciągu z Pecu pod Śnieżką. Chowamy się przed wiatrem – na ile to możliwe – razem ze szkolną wycieczką z Czech za budynkiem Poczty Czeskiej (dla chętnych – widokówki i herbata z rumem), żeby zrobić zdjęcia latających spodków Obserwatorium Meteorologicznego oraz barokowej kaplicy św. Wawrzyńca (z XVII w.) i zastanowić się nad drogą powrotną.

Najkrótsza jest Droga Śląska, prowadząca ostro w dół, obok Kopy, do Karpacza Średniego. Z tym, że w Karpaczu musielibyśmy znów wdrapywać się pod górę, by wrócić do naszego pensjonatu w Karpaczu Górnym, a żadne wspinanie się nie wchodzi już dzisiaj w grę. Wracamy więc Drogą Przyjaźni i skręcamy razem z niebieskim szlakiem w prawo, schodząc do Strzechy Akademickiej i Samotni.

Mamy w czasie schodzenia piękny widok na  schroniska. Zatrzymujemy się w Strzesze, gdzie dają dobrą kawę, w dodatku w prawdziwych filiżankach!!! Przy okazji zjadamy kanapki, których z powodu zmęczenia nie zjedliśmy na Śnieżce. Siedzimy chwilę na słońcu na ławkach przed schroniskiem. Niestety mocno wieje, postanawiamy więc ruszać w drogę powrotną.

Schodzimy bez przeszkód na Polanę, gdzie robimy kolejny krótki przystanek. A stamtąd  rzut beretem do naszego pensjonatu, wystarczy tylko odbić w prawo z brukowanej kamieniami drogi, prowadzącej do kościółka Wang, i zostawiwszy za sobą tłumy i upał, wejść do chłodnego lasu, powtarzając poranną trasę, z tym że – na szczęście – w odwrotnym kierunku, cały czas w dół. W pensjonacie mamy już tylko tyle siły, by usiąść wygodnie na balkonie i gapić się na Śnieżkę, dziwiąc się, że  szczyt jest tak daleko i wysoko i że tam weszliśmy!

6 maja 2012



  • Śnieżka
    fot. L. Bartosik