Kościół Wang. Karpacz Karpacz. Pielgrzymy

Odkrywaj tajemnicze piękno Dolnego Śląska

Karpacz

Karpacz powstał jako osada w XV w. Na początku mieszkali tu drwale i kurzacy (wytwarzali węgiel drzewny dla pobliskich kuźni i hut), w połowie XVII w. osiedlili się czescy medycy – laboranci – produkujący lecznicze mieszanki ziołowe, po wojnie trzydziestoletniej - protestanci, którzy do końca II wojny światowej stanowili większość mieszkańców. Pozostał po nich Kościół Naszego Zbawiciela (znany bardziej jako kościółek Wang), cenny i rzadki zabytek drewnianej architektury romańsko-nordyckiej, jeden z 24 na świecie i jedyny znajdujący się poza Skandynawią. Jest dziś jedną z największych atrakcji turystycznych Karpacza.

Kosciół został zbudowany - bez użycia gwoździ - na przełomie XII/XIII w. w południowej Norwegii w miejscowości Vang. W XIX w. był w tak kiepskim stanie, że postanowiono go rozebrać, ale dzięki staraniom norweskiego malarza Dahla mieszkającego w Dreźnie i pomocy Fryderyka Wilhelma IV zakupiło go berlińskie muzeum. Na prośbę hrabiny von Reden z Bukowca stanął na zboczu Czarnej Góry (885 m n.p.m.) w Karpaczu Górnym, gdzie protestanci nie mieli swojej świątyni.

2 sierpnia 1842 r. król Fryderyk Wilhelm IV położył kamień węgielny pod świątynię, a dwa lata później, 28 lipca 1844 r., kościół został uroczyście otwarty i poświęcony w obecności króla, jego małżonki, księcia holenderskiego Fryderyka i innych osobistości. Obecnie istniejąca rekonstrukcja nie jest tak do końca autentyczna. Oryginalnymi są niektóre elementy budowli – kolumny i portale wewnętrzne z bogato rzeźbionymi motywami roślinnymi i głowami nordyckich wodzów, oraz portal zewnętrzny. Szczyty dachów zdobią charakterystyczne głowy smoków, jakie Wikingowie umieszczali na swoich łodziach.

Kamienna dzwonnica została dobudowana już w Karpaczu, by osłaniać świątynię przed wiatrem. W bogato zdobionym wnętrzu uwagę przyciąga drewniany krucyfiks i rzeźbiona figura Chrystusa z 1846 r. autorstwa miejscowego mistrza Jakuba z Miedzianki. Metalowe świeczniki z 1911 r. pochodzą z Norwegii. Na przykościelnym cmentarzu spoczywają prochy Henryka Tomaszewskiego, słynnego twórcy znanego w świecie Wrocławskiego Teatru Pantomimy.          

Do ewangelików należał również Kościół Najświętszego Serca Jezusowego z początku XX w. przy ulicy Konstytucji 3 Maja, w którym zachowały się polichromie na drewnianym stropie (wykończenia w drewnie są zresztą charakterystyczne dla kościołów ewangelickich naszego regionu). Naprzeciwko kościoła rośnie rozłożysta lipa sądowa, pod którą odbywały się rozprawy.

Niedaleko, na tej samej ulicy, stoją dwa zabytkowe budynki. Karczma z początku XVII w. (dom nr 37), mieści się w niej obecnie hotel i restauracja Bachus, i drewniany dom z XIX w. (nr 26) ostatniego laboranta Augusta Zoebfla.   

       

Do dziedzictwa kulturowego Dolnego Śląska, oprócz wspomianianych zabytków, należą również schroniska i szlaki, z których teraz korzystamy.Turystykę górską uprawiano w Karkonoszach od wieków, więc ma ona tutaj długą tradycję. Śnieżka była traktowana jako świętość narodowa i przez Czechów, i przez Prusaków, a po zbudowaniu przez Schaffgotschów w 1665 r. kaplicy św. Wawrzyńca na jej szczycie (która pełniła też rolę schroniska) zyskała ogromną popularność również wśród wierzących (odprawiano na niej msze w święta religijne) i turystów. Wspinały się na nią arystokraci, artyści i kuracjuszy z całej Europy. W XIX w. do Jeleniej Góry kursowały pociągi z Berlina, Lipska i Wrocławia.

Karpacz kojarzy się zwykle z tłumami turystów zmierzających główną ulicą miasta - Konstytucji 3 Maja - oraz szlakiem na Śnieżkę (właśnie na tym szlaku najczęściej spotyka się dość osobliwy typ „niedzielnych turystów”: wystrojone, mocno umalowane dziewczyny na wysokich obcasach i w mini spódniczkach przy boku brzuchatych trzydziestoparoletnich partnerów, mających na sobie  dla odmiany tylko krótkie spodenki i plastikowe klapki – jakby szli prosto z imprezy grillowej).

Żeby uniknąć tłumów, lepiej wybrać się w te okolice poza sezonem, w środku tygodnia (chyba że ani chwili nie możecie obejść się bez miejskiego ścisku i gwaru), decydując się na nocowanie w Karpaczu Górnym, gdzie można znaleźć pensjonat na uboczu, w zacisznym miejscu i niedaleko szlaków. Mam tu na myśli tych, którzy spędzają większość czasu na górskich wędówkach, a pensjonat traktują głównie jako bazę wypadową. Wtedy najważniejsze to mieć wygodne łóżko, gorący prysznic i towarzystwo paru przyjaciół, z którymi można przyjemnie spędzić wieczór po całodniowej wędrówce (choć czasami po powrocie padamy bez sił ze słowami „nigdy więcej” i „po co mi to było”, ale następnego dnia – o dziwo! – zrywamy się wczesnym rankiem i znów pędzimy szlakami).

Karpacz Dolny trudno nazwać wizytówką modnego kurortu. Jak w większości popularnych miejscowości turystycznych króluje tu urbanistyczny chaos, bezguście i brak pomysłu na zagospodarowanie przestrzeni, a tania komercja atakuje ze wszystkich stron. Szyldy i reklamy przesłaniają świat, stragany są pełnie tandetnych pamiątek, a nowo stawiane obiekty nijak nie pasują do otoczenia, gryząc się ze sobą. Tu i ówdzie wyrastają drewniane góralskie chatki w pseudozakopiańskim stylu, jakich nigdy w Sudetach nie stawiano. Czy Karpacz musi przypominać Krupówki, biorąc pod uwagę różnice historyczne i kulturowe tych regionów? Chciałoby się większej dbałości o otoczenie i akcentów, nawiązujących do tradycji i zwyczajów Dolnego Śląska, które czynią go niepowtarzalnym. Dobrym przykładem tego mogą być chociażby zabytkowe uzdrowiska w Kotlinie Kłodzkiej czy Dolina Pałaców i Ogrodów w Kotlinie Jeleniogórskiej. Tymczasem krajobraz niewielkiego górskiego kurortu (jakim przecież jest Karpacz) bezpowrotnie zburzył powstały niedawno hotel Gołębiewski – okropny moloch w stylu pseudoamerykańskim.

To dobrze, że mamy w Karpaczu wyciąg na Kopę (choć uważam, że watro wdrapać się na nią też samemu, jak już jesteśmy w górach), tor saneczkowy i Western City, ale nie wyobrażam też sobie Karpacza bez kościółka Wang, zabytkowej architektury i bezludnych szlaków. Szkoda, że stare pensjonaty padają, a ich piękne przedwojenne budynki niszczeją, podczas gdy obok, jak grzyby po deszczu, wyrastają nowe architektoniczne potworki.

Szybko opuszczamy Karpacz Dolny i jedziemy do Karpacza Górnego, gdzie łatwiej uciec od tłumów i znaleźć nocleg w zacisznym miejscu. Zatrzymujemy się zwykle w starym pensjonacie, w bocznej uliczce przy lesie, odchodzącej ostro pod górę od ruchliwej  Karkonoskiej. W tym dużym przedwojennym budynku (do których mamy słabość) szybko zapominamy o zgiełku panującym na głównych ulicach. Nie ma w nim jakichś luksusów, ale pokoje są przestronne (w odróżnieniu od klatek w nowych pencjonatach, gdzie myśli się tylko o tym, jakby upchać jak najwięcej gości) i nie dociera tu szum przejeżdżających w dole samochodów, zwłaszcza gdy poprosimy o pokój z widokiem na Śnieżkę, którą możemy podziwiać z wielkiego tarasu.

Jest to świetna baza wypadowa właśnie na jej szczyt, ale nie tylko. Niedaleko pensjonatu biegnie zielony szlak, prowadzący lasem do Polany, a z niej, jak wiadomo, łatwo się dostać i na Pielgrzymy, i na Słonecznik, i do Strzechy Akademickiej czy Samotni, a jeśli starczy wam sił – nawet na Śnieżkę. Idąc zaś dalej od jej szczytu Czarnym Grzbietem, dotrzemy czerwonym szlakiem m. in. do Sowiej Przełęczy, Czoła czy Przełęczy Okraj, gdzie - w odróżnieniu od Śnieżki - poza sezonem narciarskim panuje upragniony spokój, a jeśli wybierzemy na drogę powrotną do Karpacza zielony szlak, będziemy mogli podziwiać niesamowite widoki - w całkowitej ciszy i samotności - z Tabaczanej Ścieżki, którą przemycano niegdyś tytoń z Austrii.

Schodząc zaś do ulicy Karkonoskiej i odbijając od niej lekko w lewo, dojdziemy do kościółka Wang, który odwiedzamy za każdym razem, gdy jesteśmy w Karpaczu. Wzdłuż całej uliczki (Na Śnieżkę) do Wangu ciagną się knajpki na każdą kieszeń – od swojskiej karczmy z pierogami ruskimi postylowo urządzoną restaurację żydowską Odessa (daniami i cenami niestety nie byłam już tak zachwycona). Tuż za Wangiem znajduje się wejście do Parku Narodowego z tłumnie obleganą przez turystów kamienną drogą, który prowadzi na Śnieżkę.

Jeśli pójdziemy Karkonoską wzdłuż jezdni (jest dość długa), dotrzemy do szlaku niebieskiego, który ją przecina. Skręcając w prawo, dotrzemy do źródełka i kaplicy św. Anny (trzeba koniecznie zajrzeć do środka – barokowe wnętrza kaplicy zostały ostatnio pięknie odnowione)

i dalej - do Miłkowa, gdzie możemy obejrzeć odrestaurowany pałac. Szlak po lewej prowadzi do miejscowości Borowice, a z Borowic –  różnymi szlaki - można dostać się do Przesieki, Zachełmia (skąd jest jakieś 40 minut do zamku Chojnik) czy Podgórzyna… I w ten sposób można wędrować bez końca, bo z Zachełmia już tylko ręką podać do przepięknie położonego Jagniątkowa (warto zajrzeć do domu-muzeum noblisty Hauptmanna – wnętrza was zaskoczą)

i Michałowic (gdzie od lat z powodzeniem działa Teatr Nasz), a stamtąd mamy całkiem blisko do Szklarskiej Poręby z jej atrakcjami (np. Krusze Skały, na które można się wspinać).

Maj 2012



  • Kościół Wang. Karpacz
    fot. M&L Bartosik
  • Karpacz. Pielgrzymy
    fot. L. Bartosik