Milicz. Kościół Boboli

Odkrywaj tajemnicze piękno Dolnego Śląska

Milicz, Trzebnica

Wrocław - Milicz - Sułów - Ruda Sułowska - Grabówka - Niezgoda - Radziądz - Prusice - Żmigród - Trzebnica - Wrocław

16 czerwca 2013

Jest sobota, pierwszy ciepły i słoneczny dzień po długim okresie marnej pogody. Słońcu mówimy tak, ale upału nie chcemy, ponieważ wybieramy się na samochodową wycieczkę po północnych okolicach Wrocławia, gdzie bywamy dość rzadko.  Na szczęście dzięki obwodnicy nie musimy już tkwić w korkach, przedzierając się z południowo-zachodniej części miasta na północny wschód, i błyskawicznie wyjeżdżamy na drogę nr 5 prowadzącą do Trzebnicy.

Płaski monotonny krajobraz z gęstą zabudową podmiejską zmienia się wkrótce na bardziej urozmaicony pagórkowaty. Rejon Wzgórz Trzebnickich (potocznie Kocie Góry – od niem. Katzengebirge) to malownicze tereny sadów, a nawet winnic. Nie wiem, jak smakuje miejscowe wino (trzeba zakładać, że jest raczej kwaśne), ale poprzecinane równiutkimi rzędami winorośli wzniesienia wyglądają na zadbane i uporządkowane.

Za Skoroszowem ciągną się rozległe tereny leśne. Tuż przed Miliczem zatrzymujemy się na chwilę w rezerwacie Wzgórze Joanny. Trochę błądzimy, szukając miejscowości Lasowice po lewej stronie drogi, gdzie powinien być parking. Okazuje się, że trzeba po prostu skręcić w kierunku Gruszeczki, i za chwilę jesteśmy już przy wejściu do rezerwatu, ale parkingu ani śladu, więc zostawiamy samochód na poboczu.

Wzgórze ma zaledwie 218 m n.p.m. Na szczycie stoi wieża widokowa, z której można ponoć podziwiać okolice (i pewnie ładnie wyglądają, bo dookoła same lasy), ale klucze do wieży są w nadleśnictwie milickim (!). Ścieżka dydaktyczna prowadzi dalej do Postolina (4 km), gdzie można pospacerować po parku (5,20 ha) założonym w latach 60. XIX w. przez właściciela majątku hrabiego Heinricha von Salischa – dendrologa i miłośnika lasów. Mamy jednak dziś zbyt wiele do zwiedzania, więc zostawiamy wizytę w Postolinie na następny wyjazd.

W Miliczu chcemy obejrzeć przede wszystkim szachulcowy kościół Andrzeja Boboli z początku XVIII w. – jeden z kilku Kościołów Łaski, które powstały po pokoju altransztadzkim.  Cesarz Józef I Habsburg musiał zwrócić śląskim protestantom 121 kościołów, które mogły odtąd mieć wieże i dzwony, a także zgodził się na budowę wspomnianych kościołów.

Zostawiamy samochód na parkingu przy kościele. Przyciągająca z daleka uwagę świątynia jest bardzo podobna do Kościołów Pokoju z drugiej połowy XVII w., które wielokrotnie oglądaliśmy w Świdnicy i Jaworze (jest to stały punkt programu dla przyjeżdżających do nas gości), ale w odróżnieniu od ich bogato zdobionego wnętrza ma bardzo skromny wystrój. Barokowa ambona i chrześnica zostały zabrany w 1955 r. do katedry poznańskiej. Wygląda na to, że Dolny Śląsk łupili wszyscy!

Od kościoła Boboli idziemy skwerem w stronę ulicy Zamkowej. Po jej drugiej stronie rozciąga się rozległy Park Wolności (50 ha) w stylu angielskim z cennymi gatunkami drzew i stawami.  Joachim von Maltzan wybudował obok niego pod koniec XVIII w. pałac w stylu klasycystycznym. Nieopodal pałacu trafiamy na ruiny zamku z XIII, który spłonął dwukrotnie - w XV spalili go husyci. W XVI w. został odbudowany i trafił do von Maltzana. Pod koniec XVIII w. renesansowy budynek spłonął po raz drugi i znów został odbudowany na początku XIX w. z przeznaczeniem na przędzalnię i farbiarnię sukien. W ruinę popadł w połowie XIX w.

Za chwilę widzimy po lewej stronie pałac Maltzana, w którym mieści się obecnie Zespół Szkół Leśnych. Wchodzimy na dziedziniec nazywany herbowym z licznymi oficynami i fontanną z płaskorzeźbami.

Obchodzimy przysadzisty i długi budynek pałacu dookoła. Farba na fasadzie łuszczy się, a w fontannach nie ma wody. Ale stary park wokół – w którym nie zatrzymujemy się tym razem zbyt długo - na pewno jest ulubionym miejscem spacerów okolicznych mieszkańców.

Milicz kojarzy się większości ze stawami rybnymi, które były zakładane na tych terenach już w XIII w. Jest ich obecnie 260. Tutejszy kompleks to największy ośrodek hodowli ryb w Polsce, głównie karpi. Okoliczne stawy oraz przecinająca kotlinę Milicką i Żmigrodzką Barycz są też największą ostoją ptaków w Europie. Można tu spotkać 277 gatunków pierzastych. Duża część tych terenów została włączona do największego w Polsce Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy, a znajdujący w nim rezerwat ornitologiczny Stawy Milickie zajmuje ponad 5 ha, objętych ochroną pod patronatem ONZ. W roku 2000 Rezerwat Stawy Milickie znalazł się w programie Living Lakes jako jeden z unikatowych obszarów wodnych na świecie. Żeby wejść na teren rezerwatu, trzeba mieć zgodę Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody, ale w wyznaczonych miejscach  (m.in. w Rudzie Sułowskiej, Grabówce, Niezgodzie) są ogólnie dostępne stanowiska obserwacyjne ptaków, a po Parku można poruszać się wyznaczonymi pieszymi, konnymi i rowerowymi szlakami. Są też ścieżki dydaktyczne i drogi dojazdowe.

Wybieramy jedną z takich atrakcyjnych widokowo tras samochodowych, prowadzących z Milicza przez Sułów do Radziądza, skąd można podziwiać wodne królestwo wprost z samochodu, zatrzymując się w wyznaczonych do tego miejscach.

Z Sułowa – starej osady z IV w. p.n.e., gdzie stanęliśmy na chwilę, by obejrzeć tutejszy szachulcowy kościół św. Pawła i Piotra z pierwszej połowy XVII w. – kierujemy się na Rudę Sułowską. Droga prowadzi między stawami Żabieniec i Duża Grabówka. Część stawów w okolicy Rudy dostępna jest dla wędkarzy, którzy tłumnie, często z rodzinami, oddają się przyjemności łowienia.

Szybko wsiadamy do samochodu i jedziemy do Grabówki, gdzie można przespacerować się nad stawami wyznaczonym szlakiem. Tu dla odmiany nie ma żywej duszy i już chciałam powiedzieć, że panuje cisza i spokój. Ale gdzie tam! Nad wodą rozlega się głośne kumkanie żab i kwakanie dzikich kaczek, okupujących stawy.

Można sobie wyobrazić, jaki harmider tu stoi w okresach wielkich wędrówek ptaków! Widzę jak dwa z nich gramolą się na brzeg i chwytam za aparat. Ale przy bliższym spojrzeniu okazują się domowymi gęsiami, które pewnym krokiem udają się w stronę sąsiedniego gospodarstwa. Reszta ptaków trzyma się od brzegów z daleka. W powietrzu fruwają chmary owadów. Nieduży wąż chowa się wśród liści.

Niebieski szlak prowadzi lasem obok stawów Małej i Dużej Mewy. Z trudem mijamy Małą Mewę i jakoś dochodzimy do Dużej. A wszystko przez głęboki grząski piasek, zapadający się pod naszymi stopami. Las rośnie tu na piaszczystej glebie, zupełnie jak nad morzem. Chmary komarów, much i meszek nie dają nam spokoju! Chyba nie nadawałabym się na obserwatora ptaków, których jest tu wielu w czasie wiosennych i jesiennych przelotów.

Wracając, spotykamy bryczkę z turystami, podążającą szlakiem. Może rzeczywiście jest to w tych okolicznościach najlepszy sposób na zwiedzanie okolic.

Z Grabówki jedziemy – z braku innej drogi – w stronę Olszy, w której skręcamy do Niezgody, a stamtąd kierujemy się na Radziądz. Droga – i niebieski szlak – biegnie między Starym Stawem i Stawem Jeleń. Oba tak blisko podchodzą do drogi, że wydają się na wyciągnięciu ręki. Drzewa i krzaki stoją w wodzie.

W Radziądzu skręcamy na Żmigród, przez który chcieliśmy przejechać bez zatrzymywania się, kierując się do Prusic. Ale jadąc przez miasteczko, zauważamy po lewej stronie park, drogowskaz na pałac, i postanawiamy na chwilę się zatrzymać. Widzimy odnowioną wieżę mieszkalną i zespół pałacowo-parkowy, a właściwie zabezpieczone ruiny barokowego pałacu w otoczeniu zadbanego parku, w którym zachował się starodrzew, zabytkowy maszt na chorągwie z drugie połowy XIX w., oranżeria i jedna z czterech rzeźb, nawiązujących do historii miłosnej, która się tu wydarzyła. 

Szesnastowieczna obronna wieża mieszkalna została odnowiona w 2008 i udostępniona turystom. Na dole mieści się informacja turystyczna, która – o dziwo! – jest w sobotę otwarta (w większości miasteczek punkty te w weekendy nie działają, choć powinny być otwarte właśnie wtedy, gdy jest najwięcej turystów – brawa dla Żmigrodu!). Można wejść też na taras widokowy (za jedyne 2 złote).

Barokowy pałac rodziny Hatzfedtów z początku XVII w. musiał być okazały i – sądząc po przedwojennych zdjęciach – pięknie urządzony. Odwiedzali go król pruski Fryderyk Wilhelm III oraz car Aleksander I. W 1813 r. w jego „wielkiej sali” podpisano Protokół Żmigrodzki, określający strategię w wojnie z Napoleonem. W 1945 r. został spalony przez żołnierzy radzieckich i częściowo rozebrany. Taki już był los wspaniałych budowli na Dolnym Śląsku, które zbyt rzucały się w oczy swoim przepychem i przyciągały uwagę rabusiów w czasach powojennej zawieruchy. Przypomnijmy sobie chociażby pałac księżnej Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim – jeden z najwspanialszych w Europie, który również został najpierw rozgrabiony, a potem spalony.  

Po Żmigrodzie, gdzie można zatrzymać się na dłużej i pospacerować w przypałacowym parku, jedziemy do Prusic, by obejrzeć alabastrowy grobowiec Melchiora Hatzfeldta w kościele św. Jakuba Apostoła, choć jesteśmy przygotowani na to, że się nie uda, bo pewnie kościół będzie zamknięty na cztery spusty.

Jesteśmy jednak mile zaskoczeni, gdy się okazuje, że kościół jest otwarty i można bez przeszkód obejrzeć – uznawany za najpiękniejszy na Śląsku – grobowiec wojenny z XVII w. Sam kościół pochodzi z XIII w., a barokowa kaplica, w którym stoi grobowiec, została dobudowana przez Carla Rossiego w drugiej połowie XVII w.

Melchior von Hatzfeldt, ówczesny właściciel Prusic i austriacki feldmarszałek, stanął na czele 16-tysięcznej armii i wyruszył w 1657 r. na pomoc królowi Janowi Kazimierzowi, by uwolnić Kraków, oblegany przez Szwedów. Jego alabastrowy grobowiec dłuta Achillesa Kerna jest uznawany za dzieło wybitne. Relief z 12 scenami wojennymi na cokole przedstawia oblężenie Krakowa. Serce feldmarszałka znajduje się w kościele w Laudenbach (Badenia - Wirtembergia).

Odnowiony ratusz na rynku w Prusicach, gdzie zostawiliśmy samochód, pochodzi z 1512 r., ale był wiele razy przebudowywany. Jego obecny neogotycki kształt pochodzi z lat 30. XX w. Ratusz ma 39 m. wieżę widokową z której można podziwiać piękną panoramę miasta i okolic… pod warunkiem, że przyjedzie się w dzień powszedni w godzinach pracy punktu informacji turystycznej; w weekend turyści takiej możliwości nie mają, podobnie jak i nie uzyskają żadnej informacji, bo punkt jest nieczynny.

Idziemy jeszcze od rynku ulicą Powstańców Śląskich w stronę innego kościoła, który przyciągnął naszą uwagę. Jest to okazały, solidny budynek z czerwonej cegły, wyraźnie za duży jak na takie małe miasteczko. Gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że na jego teren nie wolno wchodzić. Szukamy jakiejś tabliczki, nazwy kościoła – nic. Dopiero po powrocie do domu odnajdujemy informację, że jest to kościół św. Józefa Oblubieńca z początku XX w., początkowo ewangelicki, w latach 50. ubiegłego wieku przekazany kościołowi rzymsko-katolickiemu, teraz zamknięty z powodu złego stanu technicznego.

Po wizycie w Prusicach zostaje nam ostatni punkt programu – bazylika św. Jadwigi w Trzebnicy. Chyba nie było najlepszym pomysłem pozostawiania najciekawszego zabytku na sam koniec. Nie tylko dlatego, że człowiek w takim upale jest już nieco zmęczony po całym dniu jeżdżenia. Zwiedzając bazylikę na początku wycieczki, resztę objechalibyśmy już na luzie, nie myśląc, że trzeba się spieszyć, bo największa atrakcja jeszcze przed nami, a nie wiadomo ile czasu zajmie.

Poklasztorny zespół cysterek w Trzebnicy z bazyliką i budynkami klasztornymi to jeden z najcenniejszych zabytków Polski. Został założony w 1202 r. przez księcia Henryka I Brodatego i jego żonę Jadwigę, który przybyła do Polski w wieku 12 lat. W ciągu 20 lat małżeństwa ze śląskim księciem urodziła mu siedmioro dzieci, m.in. Henryka II Pobożnego, który zginął pod Legnicą w 1421 w bitwie z Mongołami. Resztę życie poświęciła działalności charytatywnej. Klasztor w Trzebnicy był pierwszym żeńskim klasztorem na Śląsku, który nie tylko rozpowszechniał katolicyzm, pełnił również rolę ośrodka kulturalnego. Jadwiga była zresztą postacią bardzo popularną i lubianą. Kanonizowano ją w 1267 r., a jej kult został rozszerzony na cały kościół katolicki.

Bazylika w Trzebnicy kojarzy się przede wszystkim ze św. Jadwigą. Byłam przekonana, że nosi jej imię. Na miejscu dowiedziałam się jednak, że jest to Bazylika św. Bartłomieja i św. Jadwigi (właśnie tak: najpierw Bartłomiej, a dopiero potem Jadwiga!).

Już z daleka zobaczyliśmy tłumy przy wejściu do kościoła. Godzina czwarta, więc nie może to być msza, która odbywa się o godzinie 18. Na tłum turystów też nie wygląda. Jak się okazuje, trafiliśmy na ślub jakiegoś policjanta, na szczęście na samą końcówkę – ceremonia kościelna już się skończyła, zostały wiwaty, składanie życzeń i robienie zdjęć na zewnątrz. Wchodzimy bez przeszkód do środka.

Najstarsze zachowane części kościoła – m.in. krypta św. Bartłomieja, romański i gotycki portal, kaplica św. Jadwigi – pochodzą z XIII w., ale w wystroju wnętrza przeważa olśniewający barok z typową dla niego obfitością ozdobnych detali, powstałych w czasie przebudowy kościoła w XVIII w.

Największą uwagę przyciąga monumentalny sarkofag św. Jadwigi z czarnego marmuru. Przypomina nagrobki Medyceuszy w kaplicy kościoła San Lorenzo we Florencji.  Spoczywa na nim alabastrowa postać św. Jadwigi. Grobowiec otaczają figury świętych cystersów i benedyktynów, w tym patronów Polski i Austrii.

Pozostała część wnętrz to radosny tryumf baroku z typowym dla niego przeładowaniem zdobień, złoceń i dekoracji. Taki jest m.in. bogato zdobiony ołtarz główny, ambona, ołtarz Ukrzyżowania, posągi św. Jadwigi i św. Elżbiety w nawie głównej itd. Czuję, jak zaczyna mi  kręcić się w głowie od natłoku pyzatych aniołków, postaci i ornamentów ociekających złotem.

Chwilę wytchnienia dla oczu daje zejście do podziemia pod prezbiterium, do surowej i chłodnej krypty sprzed 1214 r. Pośrodku płyta nagrobna wmurowana w posadzkę z napisem po łacinie: ANNO DOMINI MCCCCIII.XI / DIE IVNII OBIIT ILLUSTRIS PRINCEPS CO(NR) / ADUS S(ECUNDU)S DVX SLESIE / DOMINUS OLSNICENSIS ET KOSLENSIS (Książę śląski, Konrad II, pan na Oleśnicy i Koźlu zmarł 11 czerwca 1403 r.).

Do bazyliki będziemy musieli jeszcze kiedyś wrócić, by przyjrzeć się bliżej wszystkim detalom, bo wiele cennych szczegółów umknęło naszej uwadze. Powiedzmy, że byliśmy zaskoczeni i przytłoczeni olśniewającym barokiem, było go za dużo dla naszych oczu, przyzwyczajonych na co dzień do skromniejszych form.

Opuszczamy bazylikę i idziemy dookoła zespołu. Przez bramę wchodzimy na dziedziniec prowadzonego przez siostry zakładu opiekuńczego, z którego widzimy część potężnego czworoboku budynków klasztornych w stylu późnego baroku.

Cysterki opuściły Trzebnicę w 1810 r. po kasacie zakonu. W 1870 r. budynki poklasztorne wykupił zakon maltański i urządził w nich szpital, gdzie pracowały siostry boromeuszki. W 1889 r. zostały one właścicielkami całego zespołu – bazyliki małej oraz klasztoru.

Widzimy otwarte na oścież drzwi, ale wejścia bronią siedzące na ganku trzy rozgadane kobiety, wyraźnie nienależące do zakonu. Pytamy, czy możemy wejść do środka. Odsyłają nas do głównego wejście, od strony bazyliki, bo kiedyś dostało im się od sióstr za to, że kogoś wpuściły. Dzwonimy do drzwi obok bazyliki. Otwiera jedna z sióstr. Na nasze pytanie chwilę się waha, patrząc niepewnie, ale w końcu wpuszcza do środka, prosząc, by zaczekać na siostrę, która nas oprowadzi. Czekamy w przedsionku i gdy chcemy już wyjść, wychyla się z sąsiedniego pomieszczenia, mówiąc, że siostrę coś zatrzymało i sami możemy obejrzeć kaplicę i ogród klasztorny.

Oglądamy skromną kaplicę z pojedynczymi elementami barokowymi.

 

Okna wychodzą na wewnętrzny ogród, o toczony ze wszystkich stron klasztornymi budynkami (a właściwie jednym w kształcie prostokąta), z dużą figurą św. Jadwigi pośrodku. Jak dowiadujemy przy wyjściu z klasztoru – w miejscu figury stał w XIII w. skromny domek, w którym Jadwiga mieszkała. Na postumencie napis po niemiecku – Hedwig.

Ogród jest zadbany, ale nic poza tym. Wśród tutejszych sióstr najwyraźniej zabrakło zapalonej ogrodniczki. Roślinki blade i bez życia, zupełnie jak na moim balkonie po powrocie z wakacji.

Termometr na drzwiach prowadzących do ogrodu pokazuje 27 stopni. Pochodzi jeszcze sprzed wojny. Niestety, brak informacji o roku produkcji (Optiker Brandt Breslau VI. Friedrich Wilhelmstr.4…).

Wracamy na chłodny klasztorny korytarz. Otwarte drzwi po lewej prowadzą do kolejnego długiego korytarza z arkadami. Głosy młodych mniszek myjących podłogę niosą się echem w jego przestronnym i jasnym wnętrzu.

Na tym kończymy dzisiejszą wycieczkę i wracamy do Wrocławia.

Jakie wnioski można z niej wyciągnąć?

Nie doceniamy bliskich okolic.

Nawet niepozorne z wyglądu miasteczko może mieć długą ciekawą historię i kryć jakąś perełkę architektury lub inną niespodziankę.

Do każdej wyprawy warto dobrze się przygotować, żeby – używając kolokwializmu – nie pluć sobie później w brodę, gdy przegapi się coś ciekawego.

Zaglądać do każdego punktu informacyjnego dla turystów i brać wszystkie dostępne tam materiały o zwiedzanych okolicach, oraz mapy.

Nie przeładowywać planu jednodniowej wycieczki, by móc niespiesznie delektować się szczegółami.

Największą atrakcję – w miarę możliwości – zwiedzać na początku wyprawy.



  • Milicz. Kościół Boboli
    fot. L. Bartosik